Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomarańcze mogą zranić. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomarańcze mogą zranić. Pokaż wszystkie posty

27 lip 2018

Od Dimitrija CD Chuuyi "Pomarańcze mogą zranić"


- Co ? Już? - Spojrzałem na niego mało zadowolony. Ojciec potrafił czasem wszystko zniszczyć...choćby nawet nie świadomie, choć zapewne wiedział o tym. Brawa dla niego. - Jest jeszcze jasno, mamy spokój... tamci mogą jeszcze chyba poczekać. W końcu tatko jest dobry w zdobywaniu czasu. 
- Dzieciaku ... obowiązki to obowiązki. Skoro wzywają to trzeba iść - Chuuya wydawał się być nie przekonany i spojrzał w stronę powoli zachodzącego słońca za ruinami miasta. W sumie... jak dla mnie były to normalne budynki, choć opuszczone i nieco sponiewierane. Brak okien, dachów, czy szczątki ścian na drogach...dla mnie to nic nowego. Wojna zniszczyła to, czego nie zdążyłem zobaczyć, dlatego chciałem jak najszybciej zakończyć to. Ta bezsensowna walka nie wiodła w końcu do niczego, a przyszłe pokolenia powinny zobaczyć przyszłość w lepszym świetle... przyszłość w której wampiry i ludzie znów dojdą do porozumienia. 
- Przypomnij mi... - Odezwałem się po dłuższej chwili milczenia , gdy wpatrywałem się w miasto - Dlaczego ta wojna wybuchła? - Pytanie wydawało się bezsensowne...w końcu dobrze znałem na nie odpowiedź. Nakahara był również tego świadomy. 
- Wampiry podejrzewały ludzi, że chcą ich otruć poprzez zażywanie jodu, by uniknąć skutków promienia z Czarnobyla. - Mimo to odpowiedział na moje pytanie niepewnie...jakby podejrzewał, że coś kombinuje. Pf... jak zwykle. 
- Też uważasz, że ludzie ich truli? W sensie świadomie... Jakby wiedzieli, że wtedy krew nie nadaje się do spożycia - Spojrzałem na niego spokojnie oczekując szczerej odpowiedzi. 
- Nie sądzę - Pokręcił spokojnie głową, przymykając na moment powieki. - Wtedy jeszcze nie prowadzono tak szczegółowych badań nad wampirami. Po prostu były i trzeba było ich karmić. To wszystko. Mogli podejrzewać, że krew z jodem będzie... Niesmaczna? Albo będzie miała inny wpływ na wampiry? Ale to były spekulacje... Nic poza tym..
- Jednak truła.... coś jak cyjanek potasu na ludzi. - Zaśmiałem się cicho, choć raczej nie powinienem. Przez ten związek, jak i jod zginęła cała masa istnień podczas wojny. Pokręciłem szybko głową przybierając ponownie delikatny uśmiech, jakby ten temat nie miał miejsca w naszej rozmowie. - Chodź Chuu ... możemy jeszcze zajść w parę miejsc. 
- Czy ty wcześniej słuchałeś co się do ciebie mówi? Twój ojciec chce bym wrócił ... 
- Jakoś mu to wytłumaczę - Machnąłem od niechcenia ręką. - Z resztą... poradzi sobie. Zawsze sobie radził. Nawet jak ciebie nie było w pobliżu, a teraz korzysta z twojego dobrego serca, byś mu pomagał w papierkach. Więc spędź choć ten jeden dzień ze mną Chuu... proszę. - Spojrzałem na niego błagalnie splatając palce obu dłoni przy swoim podbródku. Widocznie zadziałało to na rudowłosego, gdyż westchnął jedynie zrezygnowany i pokręcił głową. Czując zwycięstwo zabrałem się za zbierania koca oraz koszyka piknikowego. Fakt, że będzie nam nieco ciążyć, lecz cóż poradzić.... należy korzystać z tej nielicznej okazji, gdy na legalu mogliśmy opuścić teren placówki. 
- To gdzie chcesz iść? - Zapytał, gdy już wszystko było ładnie poskładane. Próbował mi nawet odebrać koszyczek, bym go nie dźwigał, lecz nie dałem mu go.  W końcu słaby nie jestem. 
- Gdziekolwiek - Stanąłem dumne na krawędzi zbocza pozwalając, by wiatr rozwiał moje włosy - Miasto jest w końcu duże, nie? Fakt, że puste, ale zakładam, że wciąż będzie można znaleźć tu coś ciekawego. Na przykład.... - Przechyliłem głowę na bok przypominając sobie mapę , którą kiedyś znałem dosłownie na pamięć - Matero? Właśnie... wszyscy się boją iść do metra... może zobaczymy czemu? 
- Może dlatego, że grożą zawaleniem, mogą być tam zwierzęta i wygłodniałe wampiry? - Chuuya Uniósł jedną brew, jakby to była oczywista odpowiedź...i w sumie była... ale czy ja się tym przejmowałem? Nie... ryzyko jest teraz nieodłączną częścią życia, więc trzeba było próbować, póki się to życie miało. 
- Udajmy, że nie było tej odpowiedzi - Uśmiechnąłem się niewinnie przez ramię po czym zacząłem schodzić ze zbocza....wróć... to było bardziej zjeżdżanie na biednych butach uważając, by nie wywalić się o jakiś wystający kamień, czy zagłębienie. Nie miałem zamiaru ubrudzić swojego munduru do tego stanu w jakim był teraz płaszcz mojego znajomego. Pewnie mi nie daruje tego i będzie kazał mi to własnoręcznie prać... już to widzę. - No chodź! - Krzyknąłem zdając sobie sprawę, że Japończyk nadal stoi na górze i patrzy gdzieś w dal. Bał się? No naprawdę? Przecież ja miałem broń, a on .... wszystko inne. Pewnie zda sobie sprawę, gdy będzie coś nam grozić. Byłem pewien swoich umiejętności i tego, że razem jesteśmy zgraną parą. Na lepszego partnera raczej nie mogłem trafić, gdyż po prostu za dobrze się już znaliśmy... w końcu 4 lata na parne nie poszły. Rozumieliśmy się nawet czasami bez słów....albo dostrzegaliśmy w wypowiedziach ukryte drugie dno, czego inni nie widzieli. Niby głupia umiejętność, lecz przydatna...nawet jak większość czasu się ze sobą droczyliśmy. 
Gdy rudzielec łaskawie zszedł na dół do mnie bez zbędnych słów ruszyłem w stronę najbliżej mi znanego zejścia do metra. Już na karku czułem dreszczyk , co zdecydowanie mi się podobało. Szkoda, że ktoś nie podzielał mojego entuzjazmu... a przynajmniej widziałem to w jego oczach, które skierowane były na budynki dookoła nas. Coś w nich było niepokojącego? 

- Chuu? - Spojrzałem na niego , lecz nie słysząc żadnej odpowiedzi... wróć.... nawet nie raczył spojrzeć w moją stronę. Napuszyłem policzki powtarzając imię chłopaka. - Chuuya nooo - Jęknąłem ostatecznie dźgając go w żebra. Dopiero wtedy zamrugał zdezorientowany i spojrzał na mnie nie wiedząc o co chodzi. - No w końcu.... nie ignoruj mnie. Coś nie tak? Patrzysz jakoś nieobecnie na wszystkie budynki... 

< Chuu? >

6 lip 2018

Od Chuuyi CD Dimitrija "Pomarańcze mogą zranić"


   Och, naprawdę, Dimitrij?! W umyśle rudzielca pojawiła się silna chęć zamordowania przyjaciela za znieważenie jego ukochanego płaszcza. Nie wspominając o wydaniu na pastwę tego... Dzieciaka-koali, który ilekroć widział Nakaharę kleił się do niego jak tylko mógł. Doprawdy irytujące było z niego stworzenie. 
 - Będziesz czyścił mi płaszcz, ty pożeraczu hurtowych ilości pomarańczy!!! - Wydarł się na całe gardło, gdy tylko świat przestał mu wirować przed oczami. W pierwszej chwili nawet nie zwrócił większej uwagi na wtulonego w niego białowłosego, dopiero kiedy chciał się podnieść, ale coś mu przeszkodziło, przypomniał sobie o obecności informatora. Z głośnym warknięciem zrzucił z siebie zawiedzionego chłopaka i podniósł się, otrzepując ciuchy. Oj, będzie prał to wszystko ręcznie pod czujnym okiem Chuu. Nie daruje tego blondynowi tak łatwo, nawet jeśli to dzień jego urodzin. 
   I jeszcze jak na złość zgubił swój kapelusz i nigdzie w zasięgu wzroku go nie widział. Z drugiej strony, kiedy spadał za pierwszym razem z Todorovskim i za drugim z Calebem trawa przykryła ich całkowicie. I zafarbowała mu płaszcz. Zgrzytnął zębami, wdrapując się powoli pod górę, rozglądając się przy okazji za swoją zgubą. Informator oczywiście człapał za nim. Chłopak w goglach również poszukiwał kapelusza z tą różnicą, że on go wypatrzył pośród zielonej trawy i dosłownie zanurkował w nią, by odzyskać czarny materiał. 
   Zirytowany wampir odebrał swoją własność z rąk uradowanego, który najwyraźniej oczekiwał jakichś podziękowań. Ale jeśli tak, to za mało znał wkurzonego Chuuyę, bo tylko warknął coś pod nosem, że ma się do niego nie przytulać i ruszył dalej pod górę. Oczywiście jego adorator nie za wiele sobie z tego zrobił, zresztą tak samo jak z poprzednich tysięcy razy, kiedy rudzielec powtarzał mu te same słowa. Nie skutkowały nawet groźby, a tego też próbował. Chłopak był nie do zdarcia. 
   Dopiero kiedy stanął obok rozłożonego koca, na którym blondyn delektował się swoim ukochanym ciastem, będąc niemal w siódmym niebie, zorientował się, że coś w tej sytuacji jest nie tak. 
 - Caleb, co ty właściwie tutaj robisz? Zwiałeś z placówki? - Zmrużył lekko powieki, lustrując informatora uważnym spojrzeniem. Nawet Dimitrij oderwał się na moment od swojego skarbu, by przysłuchać się odpowiedzi. 
 - Ivan prosił, żebyś się pośpieszył. Wie, że dał ci dzień wolny na spędzenie do z jego synem, ale jesteś mu pilnie potrzebny. Jakieś papiery z Moskwy przyszły i musisz się nimi zająć. - Odparł, kręcąc głową, a kiedy skończył posłał współczujące spojrzenie jeszcze bardziej zirytowanemu wampirowi. Teraz właściwie był wkurwiony. Czy ci ludzie z wielkiego miasta nie mogli poczekać kilka godzin? Naprawdę liczył, że będzie mógł poświęcić ten dzień solenizantowi. Przetarł jedynie twarz dłonią, wzdychając ciężko. Tutaj jego złość się nie przyda ani trochę. 
 - Przekaż mu, że będę za godzinę lub dwie. Tyle te dupki z Moskwy chyba mogą poczekać. - Drugie zdanie wypowiedział raczej do siebie ściszonym głosem, chociaż i białowłosy, i blondyn to słyszeli. Ten pierwszy skinął głową, po czym pomachał im na pożegnanie i zbiegł ze zbocza. Nakahara przyglądał się temu, zaciekawiony czy chłopak zdoła utrzymać równowagę, czy jednak zaliczy bliskie spotkanie z ziemią. O dziwo nawet się nie potknął, dlatego niezbyt zadowolony wrócił do poświęcania uwagi nowemu współlokatorowi, który pożarł już ponad połowę ciasta. Tak długo zajęło mu wdrapanie się tu czy to Di miał takie szybkie tempo zjadania swoich pyszności w obawie, że zrobi to za niego ktoś inny?

~~~*~~~

   Wybranie tego miejsca było naprawdę dobrym pomysłem, co uświadomił sobie dopiero gdy dane mu było spędzić ponad godzinę na niezobowiązujących rozmowach z młodym Todorovskim, podziwiając przy okazji miły dla oka widok i wygrzewając się w promieniach słońca. Szkoda tylko, że zbliżał się czas, kiedy musiał się zbierać. W końcu kazał przekazać przywódcy, że będzie o mniej więcej określonej porze i choć bardzo nie chciał, to posada doradcy zobowiązywała. Chociaż czasem czuł się raczej jak sekretarka Ivana, na którą ten zrzucał, na szczęście tylko część papierowej roboty. 
   Zadowolony blondyn leżał na kocu tuż obok Chuuyi z rękami podłożonymi pod głowę. Uśmiechał się lekko, co rudzielec zauważył z ulgą. Czyli niespodzianka mu się podobała. Oczywiście mógł to stwierdzić już po samej początkowej reakcji młodszego, ale wolał widzieć jego zadowolenie na koniec. 
   Również uśmiechnął się lekko, podpierając rękoma za plecami. Właściwie gdyby nie panorama zniszczonego miasta przed nimi można by pomyśleć, że wszystko wróciło do normy. Że wcale nie ma już żadnej wojny, że nie trzeba się mieć cały czas na baczności, pamiętać, że w każdej chwili możesz zostać zaatakowany, że w każdej chwili ktoś gdzieś ginie postrzelony, przestrzelony lub zagryziony. Ta chwila spokoju i względnej beztroski była naprawdę potrzebna im obojgu. A bardziej chyba nawet Dimitrijowi, w końcu Chuu zaznał życia bez wojny. Nie za wiele, ale jednak, czyż nie? 
   Na myśl o tym nieco posmutniał i spojrzał w bok na Rosjanina. Wyglądał jakby spał i śnił o czymś naprawdę przyjemnym, a to przez ten delikatny jak płatek śniegu uśmiech, w który układały się jego wargi. Przez te cztery lata Nakahara nauczył się już zauważać takie drobne, ledwo widoczne szczegóły. 
   Pochylił się nieco w jego stronę, przykładając ostrożnie dłoń do jego policzka i przeciągając bardzo delikatnie opuszkiem kciuka po jego wargach. Blade powieki uniosły się niemal natychmiast, pozwalając turkusowym tęczówkom wbić się w postać wampira ze zdziwieniem i lekkim zmieszaniem. Rudzielec odrobinę się wystraszył tak nagłą, a jednak zupełnie spokojną reakcją, więc wycofał się dość szybko, zachowując przy tym zupełny spokój. 
 - Miałeś resztki ciasta na ustach. - Wzruszył ramionami, jakby to była jedna z najbardziej oczywistych rzeczy na świecie. Blondyn podniósł się do siadu, wycierając w panice wierzchem dłoni usta. Starszy zaśmiał się cicho, klepiąc go po ramieniu. - Podnoś się, muszę wracać, a samego cię tu nie zostawię. - Podniósł się na równe nogi i przeciągnął, prostując zastałe kości. - A taaaaaak mi się nie chceee.... - Jęknął żałośnie, spoglądając prosto w niebo.

Dimitrij? Ciut krócej tym razem? Nie? No cóż, próbowałam ;-;

19 cze 2018

Od Dimitrija CD Chuuyi "Pomarańcze mogą zranić"


Nie sądziłem, że ten rudzielec pomyśli o tym, by cokolwiek przygotować na moje urodziny. Przecież sam fakt, że pozwolił mi u siebie zamieszkać było wystarczającym uhonorowaniem tego dnia, gdyż za szybko się mnie nie pozbędzie. Sam się o to prosił, a tu okazuje się, że to nie wystarczyło. Zadał sobie dodatkowy trud, by przygotować ten piknik tylko dla naszej dwójki. W pozytywnym znaczeniu zaskoczył mnie i to bardzo. Zaczerpnąłem głęboko świeżego powietrza ,. a zarazem kuszącego zapachu świeżego wypieku. Nie miałem pojęcia jakim fartem udało mu się go zdobyć, lecz nie chciałem zadawać zbędnych pytań.
Jesteśmy tu tylko my.
Ja, On i pyszne ciasto pomarańczowe, które aż prosiło się o zjedzenie. 
Zanim jednak zabrałem się za prezent od Nakahary, odwróciłem się do niego przodem z początku niewinnym uśmiechem. Oczywiście dało mu to pozorne poczucie bezpieczeństwa przed wielkim atakiem. Dosłownie rzuciłem się mu w ramiona z uśmiechem godnym dziecka, które właśnie dostało wymarzoną zabawkę. Chłopak widocznie zaskoczony taką reakcją lekko zachwiał się do tyłu próbując zachować równowagę, lecz w tej chwili jego stopa straciła kontakt z śliską trawę. Oznaczało to dla nas tylko jedno i żadna siła nie mogła nas przed tym uratować, bo grawitacja to podła świnia i musiała nas ściągnąć aż na sam dół zbocza. Zaczynałem współczuć czarnemu płaszczowi chłopaka, gdyż przyjął na siebie całą styczność z świeżą trawą. To samo się tyczyły mojego ukochanego munduru w pewnych momentach go zastępował. 
Dopiero gdy miałem pewność, że leżymy w miejscu i już nie sturlamy się niżej powoli otworzyłem oczy z cichym jękiem. Kręciło mi się w głowie, co dało mi do zrozumienia, że nagłe hug ataki na zboczach nie są zbyt dobrym pomysłem. Nie wiem jakim cudem wyszliśmy z tego bez poważniejszych szkód, choć można to nazwać zwykłym fartem głupców. Podniosłem się lekko na rękach, by nie ciążyć niepotrzebnie na klatce piersiowej rudowłosego. Musiałem chwile zaczekać, aż zawroty głowy miną, a przez ten czas zawiesiłem spojrzenie na błękitnych tęczówkach mojego towarzysza. Czemu akurat na nich? Były tuż przed moimi oczami więc ciężko było patrzeć na coś innego. W tej chwili przypominało mi czyste , popołudniowe niebo, które nie śmie zakryć choć jedna biała chmurka. Były po prostu... piękne i do pozazdroszczenia. Może lekko przesadzałem, lecz w takich chwilach takie myśli dość często przychodzą do głowy, a w szczególności, gdy nieznośna cisza nie chce nas opuścić. 
Nie wiedziałem co zrobić w takim momencie i najwidoczniej Chuuya miał ten sam problem, gdyż bał się choćby drgnąć....albo przynajmniej tak mi się wydawało. Mruknąłem jedynie coś cicho w stylu "przepraszam" , by po chwili uśmiechnąć się niewinnie i nieco zwiększyć odległość między naszymi twarzami. Usiadłem mu na brzuchu i skłoniłem lekko głowę dziękując za taki prezent. 
- Nie ma za co dorosły dzieciaku- W końcu odezwał się z nutką rozbawienia. Zaczynałem mieć lekkie obawy, że uszkodził sobie coś z mojej winy i nie mógł nic powiedzieć. Wyciągnął w moją stronę dłoń i pogłaskał mnie po głowie, jak to zazwyczaj miał w zwyczaju. Nie miałem nic przeciwko temu...wręcz przeciwnie. Było to dość przyjemne. 
- Awansowałem na dorosłego dzieciaka? - Podzieliłem jego humor przymykając jedno oko, póki nie cofnął ręki. 
- Ale wciąż jesteś dzieckiem - Dodał sprawdzając, czy jego kapelusz nadal jest na swoim miejscu. Niestety zgubił się gdzieś po drodze, co nie obyło się bez grymasu niezadowolenia i paru niezrozumiałych dla mnie dźwięków. 
- Jak dla mnie to oboje jesteście dzieciakami! Kto normalny tak się bawi, co? - Między mną a Chuuyą nastała cisza. Ten głos nie należał do naszej dwójki, lecz mimo to i tak był nam dobrze znany. Dosłownie w tym samym czasie spojrzeliśmy na szczyt góry, by dostrzec w oddali znajomą białą czuprynę przyozdobioną charakterystycznymi goglami. 
Caleb....
Poprawka... Caleb trzymający w dłoni talerz z moim ciastem, który był prezentem od mojego nowego współlokatora. Informator ciamkał w ostach spokojnie łyżkę nie świadomy gotującej się we mnie chęci zemsty za kradzież mojego pomarańczowego skarbu. Zacisnąłem dłonie w pięść próbując powstrzymać chęć zrobienia z niego tarczy ćwiczebnej, lecz niestety nie dałem rady. Podniosłem się błyskawicznie na nogi obierając za cel dotarcie na sam szczyt zbocza i zamordowanie złodzieja ciast.
- Caleeeeeeb.... - Warknąłem podciągając rękaw na lewej ręce od razu rozkładając małą kuszę. Przy cięciwie od razu pokazała się niemal przeźroczysta strzała, a moje włosy rozwiał wiatr wytworzony z mojej mocy. On wiedział już co się święci, ale mimo to wziął kolejną łyżkę ciasta i przesunął lekko głowę, by uniknąć mojej wycelowanej strzały. W ten sam sposób oddałem jeszcze parę strzałów, póki pod sam koniec nie dałem se spokoju i po prostu dotarłem na sam szczyt łapiąc białowłosego za kołnierzyki. Za sobą słyszałem cichy śmiech Chuuyi, który najwidoczniej świetnie się bawił obserwując całe to zdarzenie. Oj nie będzie mu do śmiechu jeżeli.... właśnie. Spojrzałem kątem oka na Nakahare , a następnie wróciłem nim do złodzieja cudzych ciast. Tak... to był dobry plan w szczególności patrząc na to, jak oczy chłopaka zabłysły na widok rudowłosego. Po prostu ułatwiłem mu robotę opychając go w stronę jego ulubionego członka projektu.
- Chuuuuuyaaaaa -Tylko to zdołałem usłyszeć nim Anglik przytulił się niczym koala do niebieskookiego, a następnie zniknęli razem wśród trawy. Powtarzam.... biedny los płaszcza Chuuyi, gdyż znowu przebył tą samą drogę, lecz tym razem z innym pasażerem. Wzruszyłem jedynie ramionami na to po czym spojrzałem na ciasto z lisim uśmiechem. W prawdzie nie było już całe, lecz... ciasto pomarańczowe to wciąż ciasto pomarańczowe. 
- No to pora na naszą randkę - Zatarłem łapki siadając na kocyku i zabrałem się do konsumowania wypieku. W końcu taki cudowny prezent nie może się zmarnować. 

<Chuu? ;w; >

14 cze 2018

Od Chuuyi CD Dimitrija "Pomarańcze mogą zranić"

Poprzednie opowiadanie

   Miasto było tak spokojne, że idąc przez nie można by zapomnieć, że na świecie od ponad trzydziestu lat toczy się nieustannie wojna między dwoma gatunkami. Oczywiście nie licząc zdemolowanego miasta, a dokładniej mówiąc jego ruin. Nieliczne budynki posiadały wszystkie piętra, inne tylko parter a najtrwalszymi ścianami, a po większości pozostały tylko sterty gruzów, które porastały roślinnością, głównie mchami. Ale im więcej mchu rosło, tym bardziej różnorodna roślinność się pojawiała i rosła spokojnie, przynajmniej do czasu, gdy nie przewinęły się tędy walczące oddziały.
   Materiał powiewał swobodnie za mężczyzną, co chwila targany silniejszymi podmuchami wiatru, które rozwiewały także blond czuprynę Rosjanina kroczącego tuż obok. Szli spokojnie, chociaż żadnej z nich nie zapominał o czujności, którą należało bezwzględnie zachowywać. Rudowłosy zapewne był nieco spokojniejszy niż młody Todorovskij, gdyż osobiście sprawdzał teren dookoła trzy razy nim zdecydował się wyciągnąć tu blondyna. Musiałby chyba porządnie upaść na głowę, żeby narażać swojego malucha w jakikolwiek sposób, a tym bardziej tak głupi i oczywisty.
   Właściwie to nieco się stresował, może bardziej obawiał. Długi czas myślał nad tym co sprezentować młodszemu na te szczególne urodziny, a im dłużej nad tym rozmyślał, tym głupsze i bardziej rozpaczliwe pomysły przychodziły mu do głowy. Wpadł nawet na pomysł połączenia dwóch kochanych przez niego rzeczy, jakimi były długie kąpiele i pomarańcze. Błyskotliwy umysł Nakahary pod wpływem alkoholu stwierdził, że idealnym pomysłem będzie kradzież wanien z kilkunastu pokoi i ustawienie ich, oczywiście przepełnionych okrąglutkimi owocami, rzędem na schodach. Finałową sceną miało być zepchnięcie jubilata ze schodów wprost w objęcia jego miłości. Na szczęście nim zdążył cokolwiek zrobić w tym kierunku, wytrzeźwiał i przypomniało mu się, że ludzkie ciało jest nieco delikatniejsze i chłopak mógłby przez przypadek skręcić kark albo, co gorsza, utonąć w pomarańczach. Potem padł pomysł o uprowadzeniu jego ojca, obwiązaniu wstążką i wpakowaniu do wielkiego pudła, bo przecież to właśnie jego najbardziej kocha, ale z tego pomysłu także zrezygnował, a potem załamał się sam nad sobą, bo kiedy to wymyślał, był zupełnie trzeźwy.
 - I naprawdę mi nie powiesz? - Zaciekawione spojrzenie turkusowych oczu padło na Nakaharę, który tylko zerknął na niego kątem oka nieco zirytowany. Mimo to uśmiechnął się i wywrócił oczami, pokazując w ten sposób młodszemu, że jego dopytywanie nic nie da i zaczyna robić się uporczywe.
 - Za dużo chciałbyś wiedzieć, maluchu. - Odparł i natychmiast obrócił się przez prawe ramię, ściągając z głowy kapelusz. Tym samym uniknął kradzieży ze strony Todorovskiego, który niezadowolony z nieudanego ataku mruknął pod nosem, pusząc policzki. Wampir zaśmiał się jak zwykle w takich momentach, bo naprawdę rozśmieszał go widok naburmuszonego blondwłosego chomiczka z wypchanymi policzkami.
 - Nie nazywaj mnie tak.
 - Zgoda... - Parsknął śmiechem, zakrywając usta wierzchem dłoni. Nie potrafił odmówić sobie droczenia się z nim, co zresztą było nieodłączną częścią ich przyjaźni. Z resztą Rosjanin także często zaczepiał kapelusznika w podobny sposób, godząc jego dumę na wszystkie możliwe sposoby, które doprowadzały Japończyka do białej gorączki. - ...rozpieszczona księżniczko. - Naprawdę nie mógł się powstrzymać.
 - Nie jestem księżniczką. Czy ja ci wyglądam na kobietę? A raczej małą dziewczynę w różowej sukience z diademem na włosach?
   Rudowłosy zmrużył powieki, odsuwając się od towarzysza na krok i przyglądnął mu się uważnie. W tym czasie na jego ustach wykwitł typowy dla takiej sytuacji złośliwy uśmieszek, którego sam widok powiedział Dimitrijowi już wystarczająco.
 - A wiesz, że gdyby się tak przyjrzeć, to nawet? Może twój ojciec chciał mieć córkę, a nie syna, co?
 - To normalne, że ojciec wolałby mieć syna... - Wyburczał pod nosem, ponownie napuszając swoje policzki. Wampir uniósł głowę, przechylając ją lekko w lewo i uśmiechnął się z satysfakcją z osiągniętego celu. Szybko jednak przybrał neutralny wyraz twarzy, nie chcąc mimo wszystko zbyt drażnić tego dnia jubilata. W końcu raz mógłby mu odpuścić z własnej dobrej, wcale nieprzymuszonej woli.
   Wzruszył ramionami, poprawiając płaszcz, który zsunął mu się nieco z ramion, po czym schował dłonie do kieszeni spodni, pocierając ukradkiem palcami okutymi w czarny materiał rękawiczek. Wkraczali na tematy, których niebieskooki starał się unikać, niemal tak jak kontaktu z bronią palną, choć z tak upartym gnojkiem u boku nie można było tego zaliczyć do łatwych wyzwań.
 - Czy ja wiem? Mój ojciec zawsze chciał mieć swoją małą księżniczkę.
 - No... Tobie bliżej do dziewczyny. Nawet teraz, gdybyś założył sukienkę, to wyglądałbyś jak mała księżniczka. - I to by było na tyle z poważnej chwili. Chuuya zareagował natychmiast, okręcając się w jego stronę z czystym mordem w oczach.
 - Ty uważaj, bo się rozmyślę i sam cię wsadzę w sukienkę.
 - Sam dajesz mi pomysłu na twój prezent urodzinowy. - Typowy dla niego niewinny uśmieszek pojawił się na ustach Di, sprawiając, że jego rozmówca zmrużył oczy, wwiercając się spojrzeniem w jego postać. Gdyby tylko nie był wyższy...
 - Tylko spróbuj. - Zagroził, wystawiając w jego stronę palec wskazujący i pokiwał nim. - To będziesz spał na wycieraczce.
 - Nie zrobisz mi tego. - Postukał w ramię niższego, zwracając w ten sposób na siebie jego uwagę, tak jakby już wcześniej nie miał jej wystarczająco. - A propos rodziny... Co się stało z twoją?
 - Zbyt ciekawski jesteś. - Wyciągnął rękę w jego stronę i pstryknął go w nos za karę. Szczerze liczył, że uniknie tego pytania, ale w końcu ile można było od tego uciekać?
 - No weeeeeeeeeź... - Skrzywił się, marszcząc nos, co nieco rozbawiło Japończyka. - Przecież to żadna tajemnica... Chyba... Miałeś rodzeństwo?
 - Książkę o mnie piszesz, że tak wypytujesz? - Parsknął śmiechem i spojrzał w niebo spod ronda kapelusza. Ach, jego miłość, powinien go wyczyścić jak wrócą, bo po ostatniej potyczce pokrył się warstwą kurzu, której nie miał czasu się zająć w całej tej gorączce przygotowań do urodzin przyjaciela. 
 - No powiedz mi, no Chuuuuuuu... - Zawył niczym pies proszący o kawałek kiełbasy. Japończyk ponownie parsknął śmiechem na porównanie, które przyszło mu do głowy. Odkaszlnął i przewrócił oczami na blondyna, posyłając mu mieszankę poirytowanego i litościwego spojrzenia, pod którym wymalował się zdawkowy uśmiech. Z ciężkim, aż do przesady, westchnieniem wyciągnął rękę w górę i poczochrał jasną czuprynę, jakby to miała być kara za męczenie go o prywatne sprawy. Jednocześnie był to znak dla przyszłego przywódcy, że udało mu się osiągnąć cel, więc nadstawił ciekawsko uszu.
 - Mało pamiętam swoją biologiczną rodzinę, tylko jakieś urywki. Dużo lepiej tą późniejszą, choć nie wiem czy mogę ich tak nazywać. - Uśmiechnął się słabo, patrząc przed siebie, po czym wzruszył ramionami i potrząsnął głową, dobrze wiedząc jakie myśli właśnie galopują w jego stronę. To zdecydowanie nie był moment na takie rozmyślania, zepsułoby to całą atmosferę, która powinna wręcz tryskać pozytywizmem. - Jeśli pytasz o biologiczną, to miałem chyba tylko brata...
 - O... - Mruknął tylko w odpowiedzi, przechylając głowę na bok. Najwyraźniej wyczuł, że nie jest to odpowiednia chwila, by poruszać tak wrażliwy temat. Lub może lepiej w ogóle nigdy go nie poruszać?
 - W każdym razie, nie równał się z tobą. - Dodał szybko, zerkając ciekawie na młodszego kątem oka. Rosjanin natychmiast na to zareagował, wbijając w niego spojrzenie swoich turkusowych oczu błyszczących ze szczęścia. 
 - Jestem dla ciebie jak brat? - Pochylił się w stronę rudego tak bardzo, że wampir dla bezpieczeństwa wystawił ręce przed siebie, by go złapać, gdyby stracił równowagę i zechciał mieć bliskie spotkanie z ziemią. 
 - W pewnym sensie.
 - W pewnym? - Powtórzył, mrużąc podejrzliwie oczy. Nakahara pokręcił jedynie głową, patrząc przed siebie. Byli już prawie na miejscu, wystarczyło tylko wspiąć się na samą górę stromego wzniesienia. Bułka z masłem. No prawie...
   Strome zbocze było samo w sobie jakimś wyzwaniem, ale dochodził do tego fakt, iż było ono porośnięte gęsto trawą, na której obaj się ślizgali. Początkowo szli obok siebie, ale kiedy Dimitrijowi po raz kolejny podwinęła się noga i zaczął spadać, wampir chwycił go w ostatnim momencie za nadgarstek i resztę drogi przeszli w ten sposób, ubezpieczając się wzajemnie. 
   Kiedy w końcu wdrapali się na szczyt pierwsze co przykuło uwagę blondyna to widok. A faktycznie było na co patrzeć, z tego miejsca widoczne było całe miasto łącznie z placówką Projektu. Dobry punkt obserwacyjny, gdyby tylko było się za czym schować, rzecz jasna. Mało który obserwator chciałby być podany jak na talerzu. Brakowałoby tylko neonu krzyczącego na najbliższe kilka kilometrów o jego położeniu. Dopiero po dłuższej chwili uwagę Todorovskiego ściągnął kuszący zapach, który dobiegał go ze starannie rozłożonego kocyka w kratkę. Na nim stał koszyk, dwa talerzyki, dwie pary sztućców, jakieś kubeczki i blaszka wybornego ciasta pomarańczowego, które Chuuya wybłagał na kolanach od Danieli. 
 - Wszystkiego najlepszego? - Uśmiechnął się nieco zakłopotany, nie do końca potrafiąc odczytać ciszę, która nastąpiła. Czy zrobił coś źle?

Dimitriiiiij?

28 maj 2018

Od Dimitrija CD Chuuyi "Pomarańcze mogą zranić"

Poprzednie opowiadanie

W końcu zbliżał się ten dzień... pod tym względem chyba najbardziej przypominałem typowego nastolatka, który chciał jak najszybciej uwolnić się od rodzica. Rozwinąć skrzydła... chociaż i tak będzie to stosunkowo ograniczone. Czemu niby? Stan wojny może? Nic nie jest takie jak paręnaście lat temu. Wszystko mogłem jedynie wyczytać ze starych raportów, zdjęć i innych źródeł informacji, które udało się uratować. Chciałbym zaznać tamtego życia... choć na to też nie narzekam, bo po co. Jestem synem założyciela projektu, który ma na celu zakończenie wojny między ludźmi a wampirami... ciekawe życie, co nie? Dla mnie lepiej nie będzie. 
- Jak uda ci się załatwić to powiedz też, że ja również z miłą chęcią przyjmę co nie co - Zaśmiałem się na odchodnym. Mało mnie obchodziło , czy rudzielec to dosłyszał, czy też nie. Powinien o mnie pomyśleć, a przynajmniej tak mi się zdawało. Od dziś mnie nie zna, tak jak ja go. Drobne sekrety, nawyki, zwyczaje. Zawsze wyłapie kiedy coś jest z nim nie tak. Na przykład teraz wiedziałem, że na pewno nie wyszedł z tej drobnej wpadki cało. Jego ruch był inny, a w oczach wyłapałem lekkie oznaki bólu. Nie dziwiłem się temu, gdyż przyjął cały impet na siebie chroniąc mnie.
Pokręciłem lekko głową rozmasowując ramię. Musiałem powoli wracać do pokoju, by chociaż zacząć się pakować. Zostały dwa dni wysłuchiwania chrapania taty.... tyle lat męczarni z tą jedną wadą... i w końcu się od niej uwolnię.... a przynajmniej na grubość ściany, gdyż Chuuya miał pokój tuż obok naszego. Cóż... lepsze to niż nic. 
~~~*~~~
Dwa dni przeminęły... dosłownie wolniej niż mogłem się spodziewać. Było to spowodowane oczywiście panującą nudą , gdyż wszyscy mieli jakieś sprawy do załatwienia, a ja bawiłem się ukochaną kostką Rubika mojego ojca. Czemu nie dawał rady jej ułożyć? Nie miałem pojęcia.. wielki założyciel Projektu Hope pokonany przez zwykłą łamigłówkę. Zaśmiałem się cicho pod nosem zmieniając nieco pozycje na łóżku. Leżałem na plecach, a głowa lekko zwisała z jego krawędzi tak, abym mógł przyglądać się już pustym półką. Większość moich rzeczy już przeniosłem, więc jedynie co mnie powstrzymywało przed dręczeniem mojego nowego współlokatora był fakt, że.... on miał klucz do drzwi, a ja nie. No co za menda zamyka pokój, gdy ktoś ma się do niego wprowadzić? Westchnąłem jedynie zrezygnowany odkładając ułożoną już łamigłówkę na stolik nocny mojego ojca. Nudziłem się... co łatwo było można z łatwością stwierdzić. Przeszukałem już praktycznie całą placówkę zbierając po drodze życzenia , lecz mojego "ulubionego" rudzielca jak nie było, tak nie ma. Złośliwość losu, albo rudej rasy.
Nie czułem nic specjalnego w tym dniu, nie licząc faktu, ze wyprowadzam się do Chuuyi.
W końcu moje męczarnie się skończyły, gdy wraz z cichym skrzypieniem drzwi, do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Nakahara. Rozejrzał się wstępnie po pokoju póki jego wzrok nie natrafił na mnie. Na widok mojej pozycji jedynie pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
- Zbieraj się młody. Idziemy na miasto - Oświadczył i od razu zniknął na korytarzu nie dając mi nawet o coś zapytać. Nie dał mi nawet możliwości wyboru, choć tak czy siak poszedłbym za nim nawet na koniec świata. Mogło to brzmieć dziwnie... lecz to była szczera prawda. Nigdy się z nikim tak bardzo nie związałem , nie licząc oczywiście ojca. U Chuu miałem tą świadomość, że nie trzyma się ze mną tylko ze statusu.
- No poczekaj - Jęknąłem zbierając się nieco za szybko z łóżka. Skończyło się to bólem, jak i zawrotami głowy... musiałem pamiętać, by nie leżeć za długo w takiej pozycji, by później nie cierpieć z tego powodu.
Gdy udało mi się wyrównać kroku pokręciłem teatralnie głową i zabrałem ukochany kapelusz rudzielca. Oczywiście skończyło się to szybką reakcją w postaci uderzenia w brzuch i odebraniem własności. Mogłem się tego spodziewać, a przede wszystkim przemyśleć. Uniknąłbym na pewno bólu brzucha.
- Nauczysz się w końcu, by tego nie robić? - Burknął posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Nie - Moja odpowiedź była jasna i oczywista. Mógł się jej spodziewać, gdyż jedynie przewrócił oczami. - Gdzie chcesz mnie zabrać? - Zapytałem licząc na jakąkolwiek odpowiedź, która nie byłaby wymijająca.
- Na miasto ... już ci przecież mówiłem.
- A konkretnie? W końcu... to nie czasy w których można sobie bez żadnych obaw wyjść do centrum handlowego, czy kina - Zaśmiałem się cicho, lecz zaraz zamilkłem. Tia... chciałbym się urodzić w tamtych czasach.
- Zobaczysz w swoim czasie dzieciaku - Na te słowa jedynie napuszyłem policzki naburmuszony. Miałem jeszcze ochotę wyburczeć coś w stylu "nie jestem już dzieckiem" , lecz powstrzymałem się. Dla niego tak czy siak byłem dzieckiem... przeklęty 21 latek. Ku mojemu zdziwieniu , Rudzielec załatwił pozwolenie na wyjście, więc nie musieliśmy się od tak wymykać. Co on kombinował, że fatygował się z tym do mojego ojca? Tylko on mógł takie zezwolenie wydać, by kontrolować bezpieczeństwo innych. Zmarszczyłem nieco brwi próbując rozkminić, co on zamierza. Pewnie jakąś " niespodziankę urodzinową" tyle, że nie miałem pojęcia jaką. Sam fakt, że coś przygotowywał mnie lekko dziwi, więc za nic nie wiem czego się spodziewać. Pozostało mi jedynie iść u jego boku przez opustoszałem miasto.

<Chu chuuuu ? XD> 

22 maj 2018

Od Chuuyi do Dimitrija "Pomarańcze mogą zranić"

    Kolejny dzień w placówce Projektu, choć nieco inny od pozostałych, bo to był ten jeden dzień w ciągu dwóch tygodni, kiedy Chuuya miał dostęp do krwi. A to rzecz jasna za sprawą białowłosej kobiety, która, niechętnie bo niechętnie, ale dzieliła się z rudowłosym swoim przydziałem. Ach, co Nakahara zrobiłby bez swojej Lisenki, gdyby ta łaskawie nie oddawała mu co jakiś czas części posiłku? Zapewne wpadłby już dawno, a tak, trzymał się swojej udawanej tożsamości.
 - Jakim cudem udaje ci się oszukiwać wszystkich aż tyle czasu? - Wysyczała do mężczyzny, kiedy szli przez magazyn w stronę szerokich drzwi z zielonym napisem wyjście powyżej. Zastanawiało ją to za każdym razem, kiedy była zmuszana do dzielenia się z nim. Fakt faktem, był jedną z dwóch osób w całym ośrodku, które darzyła przyjaznym uczuciem, nie znaczyło to jednak, że chciała oddawać mu swój przydział. - Ludzie są naprawdę głupi. - Dodała po chwili, wywracając bladymi oczami na drugiego wampira, który kroczył dumnie z płaszczem na ramionach, powiewającym za nim niczym peleryna. Zawsze uważała to za durną część jego stroju. Podobnie jak kapelusz, choć nauczyła się już, że tego zdania nie wygłasza się głośno, jeśli chce się mieć obie ręce całe.
 - Cztery lata... - Mruknął, pstrykając w rondo kapelusza, który podskoczył na jego głowie. - Ale oni wcale nie są tacy głupi. Ja po prostu jestem lepszy niż cała ich technika i inteligencja. - Błysnął zębami w stronę Rosjanki, przypominając sobie dwie kamery na korytarzu nakierowane wprost na wejście do magazynu. Na szczęście jego wnętrze nie było obserwowane dwadzieścia cztery na siedem, co znacznie ułatwiało rudzielcowi potajemne spożywanie krwi. W końcu był jedyną istotą na terenie placówki, której Lisenka nie chciała zamordować za samo stanie obok niej i oddychanie, więc wytłumaczenie, że czasem znika z nią w magazynie, by przekazać najświeższe informacje od dowódcy było dobrą wymówką, którą wszyscy łykali.
   Stanęli przy drzwiach, jednak mężczyzna nie wyglądał jakby spieszyło mu się do wyjścia, przez co wampirzyca domyśliła się, że będzie chciał jeszcze czegoś. Czego tym razem? Więcej krwi? Może znowu owoce do szantażowania syna przywódcy? Albo papierosy, żeby uspokoić nerwy i instynkt, kiedy wymyka się spod kontroli? Wszystkie domysły panny Smirnow okazały się błędne, ale jedno przewidziała prawidłowo.
   Korytarz to było miejsce, gdzie zwykle panowała niczym nie zmącona cisza. I tak było tym razem, pomijając szepty Usagiego i Larissy, która próbowała zrozumieć w jaki sposób ma zapanować nad czymś czego zupełnie nie rozumie. W jednym momencie dwuskrzydłowe drzwi do magazynu otworzyły się na oścież, uderzając niemal w ścianę, a wzdłuż całego korytarza rozniósł się głuchy huk. Dwie pary niebieskich oczu powędrowały w stronę wejścia do królestwa Lisenki, napotykając na swojej drodze osuwającego się po ścianie rudowłosego. Zdecydowanie wybrał sobie kiepski dzień, by drażnić Rosjankę. Chociaż czy jakikolwiek dzień był dobry, by chociażby stać obok niej dłużej niż pięć sekund?
   Obserwatorzy niespecjalnie przejęli się tym zajściem, gdyż przywykli już do takich akcji ze strony tej nadpobudliwej dwójki. Wrócili do swojej rozmowy, a w tym czasie Chuuya pozbierał się z podłogi, podnosząc ukochany kapelusz i mrucząc coś pod nosem, ruszył w kierunku swojego pokoju.
   Zostały jedynie dwa dni do urodzin młodego Todorovskiego, a to oznaczało, że w końcu może zamieszkać poza pokojem swojego ojca. Nikogo nie zdziwiło to, że na współlokatora wybrał Nakaharę. W końcu trzymali się ze sobą od pierwszego dnia i o dziwo mimo wybuchów tego starszego, wciąż się przyjaźnili. Nawet gorzej, Dimitrija bawiła łatwość w irytowaniu się właściciela kapelusza i często to wykorzystywał.
   Nawet teraz, gdy na siebie wpadli, śnieżnobiała ręka wylądowała na czubku kapelusza, a wysoka blondwłosa postać pochyliła się w stronę wampira. Todorovskij zbliżył się do niebieskich tęczówek, pod którymi wykwitł lekki grymas, doskonale zdający sobie sprawę z tego, jaką uwagą zaraz zostanie obdarzony.
 - Cztery lata, a ty nie urosłeś nawet centymetra. - Uśmiechnął się szeroko, od razu biorąc nogi za pas, świadom tego co zaraz nastąpi.
 - Wcale, że nie prawda! - Krzyk Chuuyi poniósł się za blondynem, którego od razu zaczął gonić. - Odszczekaj to, szczeniaku!
   Gdyby ktoś obserwował całe zajście z boku stwierdziłby prędzej, że jest to wyścig dwóch kolesi, którzy najwyraźniej zapomnieli wziąć rano swoich leków niż pościg wampira, któremu bliżej było już do półwieku aniżeli osiemnastki, za chłopakiem, który właśnie wchodził w dorosłość.
   Rozbawiony Dimitrij uciekał przez kręte i z reguły puste korytarze, za nim z powiewającym płaszczem i kapeluszem w ręku biegł Nakahara, krzycząc cały czas coś o odwołaniu poprzednich słów i o tym, że nie przeżyje nawet pierwszej nocy w pokoju. Kiedy w szerszej części korytarza natknęli się na poustawiane pudła, najpewniej z jakimiś częściami do laboratorium, obiegli je kilka razy na około i dopiero po tym wrócili na prostą drogę.
   Z pewnością ta zabawa trwałaby dłużej, gdyby nie kolejna przeszkoda, tym razem tuż przed schodami. Młodszy z dwójki w ostatniej chwili wyhamował przed rzędem pełnych pudeł. Niestety Chuu zareagował zbyt późno przez zwykłe zapatrzenie się, co poskutkowało jego wpadnięciem w chłopaka przed nim. Uderzenie było na tyle silne, że przerzuciło ich nad przeszkodą prosto na schody. Mężczyzna dziękował losowi, że obaj biegli na tyle szybko, że w powietrzu, także dzięki minimalnej pomocy jego mocy, zrobili niepełny obrót i to właśnie plecy wampira boleśnie spotkały się z twardą powierzchnią. Ręce starszego natychmiast objęły blondyna na wysokości żeber, gotowe w razie czego od razu postawić go na nogi.
   Przyjaciele z krzykiem, w którym słychać było mieszankę rozbawienia, strachu i szoku zjechali na niższą kondygnację, zatrzymując się po chwili na zimnej, płaskiej podłodze. Grzbiet rudowłosego wręcz błagał o pomoc i rozmasowanie, ale jego uwaga bardziej skupiła się na blond czuprynie, która leżała na jego klatce piersiowej i unosiła się z każdym wdechem. Chwilę później wampirze myśli pochłonęły już całe ciało chłopaka, zastanawiając się czy coś mu się stało, jednocześnie usilnie ignorując fakt, w jak dużej części styka się ono z ciałem ich właściciela.
 - Cały jesteś? - Spytał, patrząc w szary sufit korytarza. Interesowała go tylko twierdząca odpowiedź, więc kiedy ją uzyskał, zignorował to co dalej ględził Todorovskij. Ponownie skupił się na swoich przemyśleniach, które zaczynały coraz bardziej go niepokoić. Zresztą jak od dnia dołączenia do tego całego Projektu.
   Nakahara obawiał się, że jeśli Dimitrij z nim zamieszka, jego spojrzenie na tego niewinnego dzieciaka się zmieni. Bo do tej pory patrzył na niego jak na niewinnego dzieciaka, który trzymał się wiecznie ojca, nawet jeśli do końca tak nie było. Ale mieszkał z nim i to w pewien sposób go wiązało w oczach wampira, przez co postrzegał go jedynie jako małego chłopca. Ale teraz... Mieli razem zamieszkać w jednym pokoju, spędzać ze sobą praktycznie całe dnie i noce. Co jeśli przez to zmieni się sposób w jaki na niego patrzy? Lubił tego niewinnego dzieciaka, którym był w jego oczach. Nie był pewien, czy chce, żeby to się zmieniało...
 - Chuuya?! - Po raz kolejny pełne imię wampira poszybowało w przestrzeń pustego korytarza.
 - Hm? - Rudowłosy zamrugał kilka razy, wracając myślami do rzeczywistości i nieco zmartwionych oczu, które w tym świetle wyglądały na ciemnoniebieskie. - Stało się coś?
 - Pytałem cię chyba cztery razy, czy wszystko w porządku, a ty nie odpowiadałeś. - Młodszy skrzyżował ręce na klatce piersiowej, robiąc jedną ze swoich pokazowych smutnych minek. Siedział obok mężczyzny na zgiętych nogach i kątem oka obserwował jego reakcję.
 - Wybacz, zamyśliłem się. - Sięgnął ręką do tyłu głowy, uśmiechając się niewinnie. Oczywiście z mistrzem niewinności, którym był blondyn, nie miał szans, ale jak na kogoś z czterema dyszkami na karku wychodziło mu to całkiem nieźle.
  Podnieśli się w końcu z szarych płytek i rozglądnęli po bokach, sprawdzając czy czasem ktoś tego nie widział. Oczywiście nie licząc kamery, która wszystko nagrała, to nikogo poza nimi w korytarzu nie było. Chuu wyciągnął rękę w górę i położył ją na jasnej czuprynie, mierzwiąc ją lekko. Zagadnął go o przeprowadzkę, a kiedy dowiedział się, że chłopak jest dopiero w trakcie, kopnął go w tyłek, popychając w stronę schodów, po których wcześniej zjechali.
 - A ty gdzie idziesz? - Todorovskij nie zbliżył się za bardzo do stopni, przyglądając się z zaciekawieniem plecom starszego, który tylko odwrócił głowę w bok i przykrył włosy czarnym kapeluszem, uśmiechając się kątem ust.
 - Mam sprawę do naszego kucharza.
 - Będziesz prosił Danielę o podwójną porcję? - Dźwięczny śmiech Dimitrija odbił się małym echem od ścian.
 - A żebyś wiedział. Ta pogoń za tobą mnie wymęczyła. - Skinął mu lekko kapeluszem i ruszył wolnym krokiem przed siebie. Słyszał jeszcze pośpieszne kroki na schodach, oddalające się z każdym stopniem. Uśmiechnął się nieco szerzej, zdając sobie sprawę, że mimo swych obaw, cieszy się z tej zmiany. Nie zmieniało to jednak faktu, że tego wieczoru łazienka będzie przez niego okupowana dłużej niż zazwyczaj; jego plecy wciąż błagały o pomoc.

Dimitriiij? >w<